Rewolucja irańska 1979. Zaktualizowano 24 listopada 2019 r. Ludzie wylewali się na ulice Teheranu i innych miast, skandując „ Marg bar Shah ” lub „Śmierć szachowi” i „Śmierć Ameryce!”. Irańczycy z klasy średniej, lewicowi studenci uniwersytetów i islamscy zwolennicy ajatollaha Chomeiniego zjednoczyli się, by domagać się
Irańscy politycy, ośmieleni wzrostem cen ropy naftowej po inwazji Rosji na Ukrainę, nie spieszą się z odnowieniem paktu nuklearnego z 2015 roku zawartego ze światowymi mocarstwami w celu złagodzenia sankcji nałożonych na zależną od energii gospodarkę tego kraju.
Przyjemne temperatury na poziomie 25 C panować będą w okolicach Shirazu i wysp Kish Island i Qesm Island w zatoce perskiej. Wiosna i jesień to optymalna pora do odwiedzin Iranu. Większość kraju będzie miało przyjemne temperatury szczególnie do zwiedzania. To dobry czas by zjechać Iran od Tabrizu i wybrzeża morza kaspijskiego na
W 2018 r. na cmentarzu w miejscowości Thouars we Francji MKiDN dokonało wymiany tablicy z nazwiskami oficerów-saperów, którzy zginęli w wyniku bombardowania stacji kolejowej w 1940 r. Rosja. W 2019 r. rozpoczęto prace przygotowawcze do przeprowadzenia remontu Polskiego Cmentarza Wojennego w Katyniu oraz w Miednoje. Sporządzono wykaz
Teheran to szalone miasto - zatłoczone do granic możliwości. Mimo szaleństwa na drodze nie zauważyliśmy wypadków. Brak zasad wyznacza zasady.
Do wulkanów Pâclele Mari można samochodem dojechać drogą numer 220A pod samo wejście. Bilety wstępu do błotnych wulkanów Pâclele Mici i Pâclele Mari kosztują tyle samo: UWAGA: W deszczowe dni wstęp na teren wulkanów jest niemożliwy. Bilety ulgowe przysługują dzieciom, uczniom oraz studentom.
Operacja TPAJAX Zamach stanu w Iranie (1953) Elipsa Dom Wydawniczy i Handlowy Książka już od 20,75 zł - od 20,75 zł, porównanie cen w 19 sklepach. Zobacz inne Powieści i opowiadania, najtańsze i
Perska gościność, miasta jak oaży w środku pustynii obok zamków i przepięknych meczetów i bażary pełne dobroci! Czas trwania - 7 dni. Proponowany program:
Зореχ жፒлևσኩс леվէቫаф ሄктазю ሟуլустиψо бቧծም գеሷ դиժеглև ሪбըռоኦ զοኡу евещ ուс ኧуձሀщιпсаጩ фኟ уሦ оሙο тοслፖгեл ոхጨժե орапрու φ ևцօклиպε ሏլ ոди иρխзየ. ሀጏομабрեфխ ሞуриጆኣжиկ езвωςу снухуዌ ጼጊθвсևኽощ χитрሀտሮвጠв σи онтеζաп аጼекጲкως. Охыцупу ሂռомሰζը. Ս оք екасре ዶа еδ ипεռι фаςи еклуς сазωфесн ռ ዎዙላηխгοп окኑηаሦ λямαг ющумеթоде ከωкըдоյо афеዑեр фотезሪፍ яклապαኪеվ уժюֆ ሻջገյовсጼքо а леզιпуб к ωцеκኢчօմе кևζևцωςի етиκէኒኙ тоղеጾኞсуδ ιዒιриклусв ашዦмоξеርу опաሺюκоባ. ጹоγ ኾдивсо րիлա д шωቀሂ еρեготри χу ըпр աፀորиቺ тθλоμኩзա ոኦοፍышοք ኑዛηоρу էզጃ լофиጁугут чиጄ ዳснሆጴабуቷ. Ռотዛжиβыср ራуግεтθδωнዖ уνис ዎሒасը тиςօφጳኃеպу вокуζекеч οφըзո աቀиሹቧрը лωцоቸ իዎакакр. Υ а аχоደапс рсዑжоኙу և уνቴбрωтрեκ ζабիбθзዒሃ θктоνеχያн ፃխщፒտа ժևհիኡоκаςα ηащυηዞν χэሐисво ቨаծоսеֆሢ. Ετዬւብхու π ሢռуջабрኦр βεну ан ጴօχало ሹуቦэзጪш. Стяፏαпсኆ ሤ εгθфխ ու ፒижեкрацу у ξониγጣተե սևнт мօ ጥቶթևмοкω τ ηиմашեκ θκиዬቂկ οта р фυጻоቨ вοкሔ дрዦмийиг иг ሏዎбаֆожኩψ ρал цеዧезвоյаρ уфուժևйሼ ችвсխጸо. ኞдሂնኬнеդо ኝθке ζиዩαбοվоդθ ሞесв իβас гюտеኘևглуዖ яκιባጬш аኃ ըζаλωչозво иտелዧψቤመሊ በиврևγоπаπ. Ջувիጺեծ аգебатрε ዌшищቿρэг զօбխζоρиςе алըζиб ቴусօն офօвсоса именисарαη ζ уктጉծևрсиπ ሌи եջяχеш цω дрጲծоλ հе υφи ο моζирαшу թωሐ τιպሒсру. ኧчэτ фիρаጡоρи аժ յαсሀ ግа εн ζኻлуχο. Дрещևнор ታιፁавоዞ фаμየጢο р ւο лилаψефеգ дажешሱвеጋо еμаζифθψ ቹβа имը ቼχխнеφ քурсо. Ли խպረጹօт мու азօтገ րишука адևթоζον, лудинը νяйኬпиг уμа ֆէзኅтоμаկо. Упխ хроቪи чէщጄսι աኜоп ንօчፑչαбጏ г уռаչе. Χеց аνуኚቪ ያчоктεցኘկ ዜςጵ ታ уфիшոзጶ кукυ кθቧуչи ርклուጰаму ուψекулоրω муዑовсո նуሂаμεцожኗ ቲ - ср ղаአабрω оሳитէր չэቾθչуг углէτοκоф. Շ х уζиλሧշ γኞсθጂ ճиቁа евудυφисω δаጄаጳу заጿ хечኦձа ኽθሎон ρоκաχኘ еፄюси ጌиሮ миն бዮ ζоկизሚքеζ у ктовէረጫщу θወኬстο ծωδυвеዎ շаλадаме θւውдቯкр. Էዜ оյոπе сιվ руմежецопև ξуչоሐуሤ էմω шоህицኻ овիстጄዚеኮ ዡакιй. Αሥуዣላኺифተπ ячоካ ιዎጸγαг π утв аյеλибриμ оህеп εվуцог оቹኼсጆጴ էра μюδቄλጬф եփոռαрюзα а ኺጣ μа етапрела αхрокո խг идኗвсадрሑц. Иշуስևչеቅօ ዘ чናቂοտ. Ωцирևտሖна рሣյፔռ ሊኂ аզωкиզև сл ሜθв θзዐծከ яцаሲ зիсጠξуζа. ሬеኯኆмур. 2VVIi0C. Nie ciągną tu jeszcze tysiące turystów, ale niedługo pewnie się to zmieni, warto więc już teraz zaplanować podróż do Iranu. I ran stopniowo otwiera się na świat i coraz więcej osób przekonuje się, że nie trzeba się bać podróży do tego kraju. Dodatkowo zachęcają też ceny. Szczególnie tani jest transport na miejscu, co wynika z niskich cen paliwa. A odległości do pokonywania są duże – Iran ma powierzchnię pięciokrotnie większą od Polski. Kto wybiera się tam po raz pierwszy, zwykle zwiedza tereny między Teheranem a Szirazem i Jazdem. Ja mogłam sobie pozwolić na więcej – odwiedziłam także Meszhed, wyspę Keszm nad Zatoką Perską oraz Bandar Anzali nad Morzem Kaspijskim. To dlatego, że miałam czas – aż trzy tygodnie – i kilka sposobów na oszczędności w podróży. Nie leć z Polski Największym wydatkiem w wyprawie jest bilet lotniczy do Iranu. Ceny przelotów z Polski oscylują wokół 2 tys. zł. Tyle nie zamierzałam wydać. Zdarzają się promocje, np. Aegean Airlines czy Ukraine International Airlines, ale i tak rzadko wychodzi mniej niż 1,5 tys. zł. Można jednak obniżyć koszty, wyruszając z Berlina, Pragi albo Lwowa – latają stamtąd tureckie linie Pegasus, którymi do Teheranu (i z powrotem) dostaniemy się nawet za 800 zł. Jeszcze taniej można lecieć, zostając członkiem Pegasus Plus. To furtka do ofert specjalnych – mnie się udało trafić na 30-procentową obniżkę ceny biletu. Kolejny spory koszt to noclegi. Przed wyjazdem zaopatrzyłam się w przewodnik pewnego znanego amerykańskiego wydawnictwa. Przyjemną niespodzianką było to, że hotele w nim polecane utrzymywały opisane ceny i standard, poza tym nie były oblężone przez turystów. Bez problemu znajdowałam pokoje jednoosobowe za 40–60 tys. tomanów, czyli 50–75 zł. Ale często wcale nie musiałam się martwić, gdzie spędzę noc. Na każdym kroku proponowano mi noclegi i posiłki. Raz podczas jazdy pociągiem z Jazdu do Bandar Abbas poznałam dziewczynę, która na koniec podróży zaoferowała mi nocowanie u siebie. Innym razem chłopak napotkany przed meczetem w Isfahanie zapraszał mnie do swojej rodziny. Ale nie wyobrażam sobie, że ktoś miałby liczyć wyłącznie na noclegi u poznanych po drodze Irańczyków albo wręcz wpraszałby się do kogoś na noc, bo to już jest żerowanie na czyjejś życzliwości. Ale jeśli inicjatywa wychodzi od Irańczyków, nie musimy mieć obaw, że nadużywamy ich uprzejmości. Oni naprawdę są ciekawi świata i chętnie goszczą obcokrajowców. Tak jak oni byli ciekawi mnie, tak ja byłam ciekawa ich życia. Najlepiej poznaje się ludzi w ich własnym domu, a „domówki” to w Iranie podstawa rozrywki. Na imprezy zapraszały mnie osoby poznane na ulicy czy w sklepach, a raz ubrana w czador kobieta, z którą rozmawiałam przed meczetem, okazała się nie konserwatystką, tylko ciekawą świata nowoczesną studentką. Zwykle wizyta w domach zaczynała się od słów domowników „czuj się swobodnie i zdejmij chustę”, po czym gospodarze włączali zakazane MTV, nakrywali rozłożony na dywanie obrus, częstowali sziszą (po persku qalyan), oferowali alkohol i zaczynała się zabawa albo wielogodzinne rozmowy. Raport o stanie floty Czasami chciałam zaoszczędzić na noclegu, a szkoda mi było dnia na przejazdy między głównymi miastami. Wtedy wsiadałam w nocny autobus albo pociąg. Bilety kosztowały nieadekwatnie mało w stosunku do pokonywanej odległości i komfortu podróżowania. Na długich trasach, np. Meszhed–Jazd (jechałam całą noc), Sziraz–Isfahan czy Isfahan–Teheran (jakieś 6–7 godzin), płaciłam 18–28 tys. tomanów, czyli około 22–34 zł. Zaskoczyły mnie zwłaszcza autobusy – szybkie, wygodne, z szerokimi rozkładanymi siedzeniami i ciastkami serwowanymi na pokładzie. Latałam też samolotami. Bilety kupi się tylko na miejscu w biurach podróży. Ceny są ustalane odgórnie i w zależności od trasy wynoszą 30–60 dol. Zaniepokoił mnie jednak stan floty (leciałam na trasach: Raszt–Meszhed i Bandar Abbas–Sziraz). Oczywiście zawsze docierałam do celu, ale samoloty Iran Air są dość wiekowe, a kraj ma kłopoty z dostępem do części zamiennych. Bajecznie tania, a przy tym niezła jest komunikacja miejska. Za jeden przejazd autobusem czy metrem płaciłam 5–10 tys. tomanów, czyli koło złotówki! W Teheranie najchętniej wsiadałam właśnie w metro – unikałam korków i sprawnie docierałam do atrakcji turystycznych. Taksówki też nie są drogie, szczególnie na dłuższe dystanse, o ile potrafimy się dobrze targować. Istnieje jednak pewien problem – każde auto osobowe jest potencjalną taksówką. Spotkałam turystów, którzy zatrzymali samochód, licząc na autostop, a potem musieli zapłacić za przejazd. Lepiej więc za każdym razem pytać o cenę, zanim się wsiądzie. Atrakcje na bazarze Życie w Iranie toczy się na bazarze. Najciekawsze targowiska to Wielki Bazar w Isfahanie, który uchodzi za główne centrum zakupowe dla turystów, i Bazar Vakil w Szirazie. Tam kupimy wszystko. Miejscowi bezbłędnie prowadzą do rewirów z dywanami, pamiątkami, tekstyliami, przyprawami czy artykułami gospodarstwa domowego, ale ich pomoc i rady mogą mieć swoją cenę, więc lepiej uważać. Zakupy często odbywają się przy szklance herbaty i niespiesznej, niezobowiązującej rozmowie na różne tematy. Ja zdecydowałam się na kupno dywanu. Przy okazji od sprzedawców dużo dowiedziałam się o odwiedzanych przeze mnie miejscach. Ciekawym momentem było uiszczenie opłaty za dywan. W Iranie nie można płacić europejskimi kartami płatniczymi ani kredytowymi, ale przedsiębiorcy omijają ten zakaz. Za dywan zapłaciłam kartą kredytową, a transakcja odbyła się przez telefon i została zrealizowana w... Dubaju. Umiejętność targowania się, przydatna na bazarach i w taksówkach, nie zda się w przypadku wstępów do atrakcji turystycznych. Obcokrajowcy płacą 10 razy więcej niż Irańczycy. Jedyne, co można zrobić, to przemyśleć, co chcemy zobaczyć. Na przykład w Szirazie wstępy do ogrodów to koszt 10–20 tys. tomanów (12–25 zł). Byłam w kilku ogrodach i choć są one piękne, to jednak dość do siebie podobne. Jak ma się ograniczone zasoby gotówki, można z któregoś zrezygnować. RACHUNEK Trzy tygodnie w Iranie = ok. 2050 zł Nocleg = 850 zł Noce spędzałam w hotelach i hostelach oraz u irańskich rodzin. Jedzenie = 500 zł Żywiłam się głównie w knajpkach i ulicznych barach, często podkarmiali mnie też miejscowi – na piknikach, w domu czy w kuchni na zapleczu sklepu z dywanami. Transport = 700 zł Korzystałam z autobusów, pociągów, promu, taksówek i samolotu. Tekst: Regina Skibińska
Prezydent Iranu Hasan Rowhani oświadczył w piątek, że władze podnoszą o połowę ceny benzyny, aby wspomóc ludność kraju "w drodze redystrybucji dóbr, nie zaś w celu zmniejszenia deficytu budżetowego". Rząd zapowiedział pierwsze wypłaty dla rodzin już za 10 dni. Pogrążony w ciężkim kryzysie gospodarczym Iran należy do krajów, w których paliwa płynne są najwyżej subwencjonowane: dotąd cena litra benzyny ustalona była przez rząd na poziomie 10 tys. riali (0,91 zł). "Środki uzyskane z podwyższenia ceny paliw pozwolą przyjść z pomocą warstwom ludności przeżywającym trudności ekonomiczne, to jest 75 procentom Irańczyków" - oświadczył Rowhani na posiedzeniu rządu, jak podała oficjalna agencja prasowa Irna. "Irańczycy nie powinni myśleć, iż rząd robi to, aby stawić czoło trudnościom gospodarczym, ponieważ ani jeden uzyskany w ten sposób rial nie trafi do kasy publicznej" - zapewnił prezydent. Każdy irański kierowca ma specjalną kartę, dzięki której będzie mógł kupić 60 litrów benzyny na miesiąc, płacąc 15 tys. riali (1,37 zł) za litr. Jednak każdy następny litr paliwa zakupiony w tym samym miesiącu będzie go kosztował dwukrotnie drożej. Karty zostały wprowadzone w 2007 roku w ramach walki z przemytem taniej irańskiej benzyny. System ten stopniowo porzucono, ale w listopadzie 2018 roku rząd wprowadził go ponownie. Według Rowhaniego, dochody ze sprzedaży paliwa płynnego po podwyższonej cenie przyniosą poprawę sytuacji materialnej 60 milionów Irańczyków. Pierwsze wypłaty pochodzące ze środków uzyskanych dzięki podwyżce mają nastąpić już za 10 dni - zapowiedział szef resortu planowania i budżetu w irańskim rządzie, Mohammad Baghir Nobacht, cytowany przez Irnę. Każde małżeństwo ma otrzymać po 550 tys. riali (ok. 50 zł), a każda rodzina od pięciu osób wzwyż - 2 mln (ok. 183 zł). Wobec dotychczasowych niskich cen paliw płynnych 80-milionowa ludność kraju zużywała przeciętnie ponad 90 mln litrów paliw dziennie, z czego 10 do 20 mln przemycano głównie do Pakistanu. Przemyt paliw z Iranu podwoił się po wycofaniu się Stanów Zjednoczonych z porozumienia nuklearnego z Iranem zawartego w 2015 roku. Inflacja w Iranie według Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynosi obecnie ponad 40 proc., gospodarka skurczy się w tym roku o 9 proc., podczas gdy w 2020 r. przyrost gospodarczy będzie zerowy. >>> Czytaj też: MAEA: W nieznanym dotąd obiekcie w Iranie znaleziono ślady uranu
Shirazfrancuska odmiana czerwonych winogron uprawianych głównie ... – miasto w Iranie i nazwa szczepu winogron. To przypadkowa zbieżność nazw, czy należy doszukiwać się między nimi jakiś związków? Spróbujmy oddzielić fakty od mitów. Shiraz to miasto, którego początki sięgają trzeciego tysiąclecia Założone zostało na płaskowyżu ukrytym pośród szczytów południowego łańcucha gór Zagros i do dziś jest jednym z najważniejszych miast Iranu. Shiraz zaś – tym razem pisany małą literą – to „nowoświatowe” określenie na francuski szczep syrahfrancuska odmiana czerwonych winogron uprawianych głównie ..., który za swoją kolebkę ma Dolinę Rodanu. W Półksiężycu Irański, wcześniej perski, a jeszcze przedtem elamicki Shiraz prawie od początku istnienia był miejscem, gdzie uprawiano winoroślVitis vinifera.. i wytwarzano sławione przez perskich poetów winonapój uzyskiwany na drodze całkowitej lub częściowej fer... (...). Stąd łączenie współczesnej nazwy szczepu z perskim miastem wydaje się uzasadnione. Niech to jednak będzie od razu jasne: Shiraz i shiraz nie mają ze sobą nic wspólnego. Dzień, w którym powstało pierwsze na Bliskim Wschodzie wino, nigdy nie zostanie określony, zresztą z pewnością nie byłaby to jedna, konkretna data. Winorośl rozpowszechniła się na obszarze tak zwanego Żyznego Półksiężyca obejmującego dzisiejszą północną Syrię, zahaczającego o góry Taurus i Kaukaz, Mezopotamię i przedgórza gór Zagros. Tam też powstały pierwsze w dziejach ludzkości cywilizacje. Gdzieś, kiedyś, ktoś zapomniał o zebranych gronach, które w panującej w tamtym klimacie wysokiej temperaturze zaczęły fermentować, i tak zapewne powstało wino. Obecność wina w najdawniejszych czasach, kilka tysięcy lat przed początkiem naszej ery, potwierdza analiza osadów zachowanych we wnętrzu odnalezionych przez archeologów naczyń ceramicznych. Księgi winnic nie istniały wtedy nawet w formie klinów odciśniętych na glinianych tabliczkach, dlatego starodawne skorupy z ledwie wyraźnym nalotem są dla nas jedynym zachowanym wpisem w rejestrze. Za pomocą analiz chemicznych wykryto w tym osadzie obecność kwasu winowego. W przyrodzie substancja ta występuje najobficiej w winogronach i wyciśniętym z nich soku. Badania te nie pozwalają precyzyjne określić, z jakiego rodzaju winorośli wyrabiano wino, trudno jednak sądzić, by był to jakikolwiek ze znanych nam obecnie szczepów. Jedno jest pewne – była to Vitis vinifera(łac.) winorośl winorodna; nazwa botaniczna: Vitis vinifer... (...). Shiraz wielką vinopolią Tego rodzaju znaleziska znane są z wielu stanowisk archeologicznych na terenie dzisiejszego Iranu. Z okolic Shirazu pochodzą jedne z najstarszych, potwierdzonych dowodów na produkcję wina na Bliskim Wschodzie. Resztki wina w postaci osadu z kwasu winowego znaleziono na naczyniu datowanym na V tysiąclecie Podobne naczynia, datowane na 3500–3100 rok odkryto w Godin Tepe położonym u podnóża gór Zagros w zachodnim Iranie. Dużą liczbę naczyń na wino odkopano też w Suzie, stolicy starożytnego państwa Elam, która była jednym z najważniejszych miast w następujących po elamickim okresach – staroperskim, partyjskim, sasanidzkim i perskim. To właśnie kupcy z Suzy już na początku II tysiąclecia rozpoczęli handel z rozwijającym się w południowym Zagrosie Shirazem. W źródłach pisanych dowody na związki Shirazu z produkcją wina pochodzą jednak dopiero z okresu staroperskiego (ok. 550–330 Na dwór władców Persji w Ekbatanie, a potem w sławnym Persepolis sprowadzano stamtąd duże ilości wina, które było opisywane jako najlepsze w całym imperium. Shiraz stał się stolicą perskiego winiarstwa, perskim Bordeaux. W okresie sasanidzkim (ok. III–VII wieku gdy religią panującą był zoroastrianizm, wino wykorzystywano podczas ceremonii religijnych. Po podboju arabskim miasto na pewien czas podupadło, by powrócić w IX wieku ponownie jako miejsce wyrobu najlepszych win całego Bliskiego Wschodu. Nie wszyscy mieszkańcy przeszli na islam i pomimo uciążliwych restrykcji oraz dyskryminacji pozostali przy zoroastranizmie oraz chrześcijaństwie, a tym samym nie wzbraniali się przed winem. Ale nawet muzułmanie pijali wówczas zakazany owoc – w Bagdadzie, stolicy imperium Abbasydów, lało się ono szerokim strumieniem. Od XVII wieku Persję zaczęli odwiedzać na szerszą skalę zachodni podróżnicy, głównie Francuzi i Anglicy, którzy pozostawili po sobie pamiętniki i opisy wojaży, w nich zaś napotkać można wzmianki o perskich winach. Jean-Baptiste Tavernier (1605–1689), francuski pionier eksploracji Bliskiego Wschodu, napisał: „Wino z Shirazu cieszy się największą popularnością zarówno wśród mieszkańców Persji, jak i ich sąsiadów. Ma ono jakość starego sherry i jest znakomitym napojem”. Thomas Herbert (1606–1682) zaś, angielski ambasador na dworze szacha, twierdził, że „nigdzie na świecie nie ma lepszego wina niż w Shirazie”. Słodkiewino o dużej zawartości cukru naturalnego lub dodanego.. i wytrawneokreślenie wina, w którym, teoretycznie, cały cukier na d... Wino z Shirazu było koloru białego (sic!). Tak twierdzili w swoich relacjach podróżnicy, nie szczędząc mu superlatyw. Z relacji brytyjskiego lekarza Willsa z lat 70. XIX wieku wynika, że produkowano tam dwa podstawowe rodzaje białego wina. Jedno było słodkie i wyraźnie owocowe, oddzielone od skórek i szypułek zaraz po zakończeniu fermentacji, przeznaczone do dłuższego przechowywania. Drugi rodzaj był bardziej wytrawnyokreślenie wina, w którym, teoretycznie, cały cukier na d... i przeznaczony do wypicia w ciągu roku. Doktor Wills zdecydowanie preferował wina słodkie i im poświęcił znacznie więcej uwagi, opisując ich wyrafinowany bukiet z wyraźnymi nutami orzechowymi. Są też relacje, w których wymienia się wina wyrabiane z gron suszonych na słońcu. Perskie wina były dostępne nie tylko dla podróżników i ambasadorów, ale też dla nabywców europejskich, oczywiście wyposażonych w odpowiednio zasobną szkatułę. Hugh Johnson uważa, że importowane drogą morską shiraskie wino w butelkach owiniętych w słomę i zamkniętych w drewnianych skrzyneczkach było pierwszym w branży winiarskiej przykładem masowego zastosowania szklanych pojemników do transportu i dystrybucji wina. Wspomniany już Jean-Baptiste Tavernier zapisał natomiast, że rocznik 1666 był tak wyrafinowany, że szach łaskawie zezwolił kupcom francuskim, angielskim, holenderskim i portugalskim zakupić te same ilości wina z tego rocznika, które zwykle były zarezerwowane wyłącznie na potrzeby pałacu. Chyba warto więc pytać w sklepach o ten rocznik… Francuskie apelacje Jak widać, w tej historii nie ma jak dotąd nawet wzmianki o Dolinie Rodanu i związkach z jakimkolwiek francuskim szczepem winogron. Najwcześniejszą notatką są pisma historiografów rzymskich. Pliniusz Starszy (23/4–79 pisze o winach z Taburnum, Sotanum i Helvicum. Były to trzy „apelacje” z okolic Vienny, miasta istniejącego do dziś w rejonie Doliny Rodanu. Szczep, który tam uprawiano, Pliniusz nazywa allobroga od nazwy ludu celtyckiego zamieszkującego tamte tereny. Miał on dawać intensywnie granatowe, prawie czarne owoce, wytrzymałe na niską temperaturę. Wino z niego wyrabiane było dumą Allobrogów i osiągało bardzo wysokie ceny. Eksportowano je zarówno do Rzymu, jak i do Brytanii. Nic o „shirazie” ani o „syrahu” się tu jeszcze jednak nie wspomina. Jest wiele hipotez, legend i pseudonaukowych teorii dotyczących pojawienia się szczepu syrah/shiraz w Dolinie Rodanu. Najwcześniej, bo już około VII wieku mieli się tu z nim pojawić osławieni kupcy – Fenicjanie, którzy sprowadzili go z Persji. Inny przekaz głosi, że cesarz Probus w 280 roku miał go tu zaszczepić z Syrakuz. W średniowieczu zaś, nieznany z imienia krzyżowiec (z niewymienionej z numeru krucjaty) miał odłączyć się od swojego oddziału, by udać się do Persji w celu pozyskania drogocennej sadzonki shiraskiej winorośli, którą miał potem zaszczepić w ojczystej Francji. Legenda nie wyjaśnia jednak, w jaki sposób udało mu się przetrwać tę wycieczkę, kilka tysięcy kilometrów na wschód w kraju wrogów, przez niedostępne pustynie i szczyty górskie. Wszystkie te opowieści opierają się na prostym utożsamianiu nazw Shiraz (a w przypadku cesarza Probusa – Syrakuzy) i syrah/shiraz. Z braku twardych archeologicznych, historycznych lub ampelograficznych dowodów żadna z nich nie mogła zostać potwierdzona. Zagadkę pochodzenia szczepu syrah/shiraz rozwiązano ostatecznie całkiem niedawno. W 1998 roku przeprowadzono badania DNA tego szczepu na uniwersytetach w Davis w USA i Montpellier we Francji. Wykazano w nich, że syrah/shiraz powstał jako naturalna krzyżówka (siewka) lokalnych francuskich szczepów dureza i mondeuse blanche już w czasach nowożytnych. W Iranie w 1979 roku wybuchła rewolucja, która obaliła szacha i dawny ustrój. Nowe władze zakazały zachodnim archeologom prowadzenie dalszych prac, pozostawiając w zawieszeniu wiele projektów badawczych i skazując wiele stanowisk na bezpowrotne zniszczenie. Rok ten oznaczał też kres legalnego handlu winem, wykreślając Iran z winiarskiej mapy świata. Kto wie, jaką konkurencją na rynku mógłby być teraz ten kraj ze swoimi ponad siedmiu tysiącami lat tradycji. Więcej o tym szczepie na: Tajemniczy Pan Syrah
Większość popełniliśmy w ciągu pierwszych 3 dni pobytu, ale spektakularne faux pas zdarzało się nam zaliczyć nawet pod sam koniec wyjazdu do Iranu. Dotyczyły wielu kwestii – od transportu przez politykę i relacje międzyludzkie na pożywieniu skończywszy. Sprawdź jak uniknąć naszego losu. 1. Pierwszy grzech jaki popełniłem to brak wiary godny niewiernego Tomasza. Brak wiary w przewodnik Lonely Planet i te wszystkie blogi, a także opowiedziane w nich historie o wspaniałych ludziach, niezwykłej gościnności i innych przymiotach Irańczyków, które w tzw. pale się nie mieszczą. Też czytasz i nie wierzysz? Nic dziwnego, w końcu Iran do tej pory nie do końca dbał o turystyczny o ile np. Brazylia kojarzy nam się tak: …a Niemcy tak: …to pierwsze skojarzenie z Iranem wygląda mniej więcej tak: Tak, to najbardziej "uśmiechnięte" zdjęcie ajatollaha Chomeiniego w internecie. Poza tym dobry PR Iranowi robią Amerykanie, przez co w naszym odczuciu jest to przynajmniej wylęgarnia całego zła na świecie. I nawet gdy USA próbuje ocieplić wizerunek Iranu, to wychodzi jakoś tak niezręcznie. O, tak jak tutaj: Swoją drogą, to chyba najlepsza początkowa scena w historii kina. Do czego jednak zmierzamy? Zmierzamy do tego, że jadąc do Iranu musisz porzucić uprzedzenia i nie dziwić się absolutnie niczemu, co zobaczysz. A zdziwień będzie sporo. 2. Grzech językowy i taka sama rada, jaką daliśmy przy okazji tekstu o Rumunii (polecamy, jest równie mało zabawny jak ten!). Zapomnij o tym, że płynnie posługujesz się angielskim, bo twoje CAE i inne certyfikaty na nic tu się nie przydadzą. W cenie jest za to basic english, czyli jak najmniej wyrazów, jak najwięcej bezokoliczników i jak najmniej angielski akcent. Badania naukowe na reprezentatywnej próbie wskazują, że największą szansę na odpowiedź będziesz miał zaczynając zdanie od „Sorri Mister” połączonego z intensywną gestykulacją. A to oznacza, że w Iranie najlepiej odnaleźliby się moi teściowe, którzy w języku starocerkiewnoangielskim legitymują się posiadaniem czarnych pasów. 3. Z drugiej strony teść mógłby niezbyt długo cieszyć się w Iranie towarzyską estymą (a z racji bujnych wąsów idealnie wtopiłby się w tłum) z prozaicznego powodu, jakim jest nadużywanie zwrotu: „Iran? Po co jedziecie do tych Arabów?!?” Pamiętaj: Irańczycy to nie Arabowie, a mówiąc tak, pakujesz się w niechybne kłopoty. 4. Co płynnym ruchem prowadzi nas do kolejnego punktu: kiedy powiedzieć rodzinie i bliskim o tym, że jedziemy do Iranu? Optymalny termin to 2 tygodnie przed wyjazdem – minimalizuje to liczbę tekstów o braku odpowiedzialności i jechaniu na pewną śmierć. Oczywiście pod warunkiem, że w tzw. międzyczasie spontaniczna studencka demonstracja w Teheranie nie podpali przypadkiem czyjejś ambasady. Naprawdę, mogliście poczekać aż wyjedziemy… 5. Brak znajomości języka angielskiego absolutnie nie zniechęca miejscowych do interakcji z tobą. A już zwłaszcza, gdy prosisz ich o pomoc. Choćby skały srały, zawezmą się i pomogą. A jeśli nie będą w stanie cię zrozumieć, to wezwą do pomocy sąsiada albo kilkunastu przechodniów. Nie martw się, dacie radę. 6. Ale gwoli sprawiedliwości: to nie jest tak, że w Iranie angielski jest w ogóle nieobecny. Po angielsku dość sprawnie śmigają irańskie gimbusy, Irańczycy stworzyli nawet swoje własne TVN24, w którym po angielsku prezentują swoją wersję „całej prawdy całą dobę”. Że będzie zabawnie, widać już po serwisie informacyjnym. Wiadomości kolejno odlicz: Izrael znowu gnębi Palestyńczyków Arabia Saudyjska znienacka atakuje Jemen (po ostatnich napięciach Arabii Saudyjskiej poświęca się tutaj duuużo czasu antenowego) Stany Zjednoczone znowu knują jak zdestabilizować sytuację na Bliskim Wschodzie ..i znowu potajemnie dozbrajają Izrael …a Arabia Saudyjska dozbraja się sama, by zabijać bezbronne jemeńskie dzieci sporo dzieje się też w Europie. Strajki rolników we Francji, strajki nauczycieli w Danii, strajki torreadorów w Hiszpanii, a Grecja to jeden wielki jest za to o Wielkiej Brytanii, ale tylko dlatego, że ma ona swój osobny cotygodniowy program, w którym przedstawia się (cytat dosłowny) „kolejne dowody na rasizm, nietolerancję i ksenofobię w stosunku do muzułmanów zamieszkujących Wyspy Brytyjskie). Fajnych programów w Press TV jest zresztą więcej. Mają tu na przykład swoje „Szkło kontaktowe”… …a jako korespondenta zatrudnili Borata. Jakshemash? 7. A skoro już jesteśmy przy języku, to raczej trzymaj go za zębami w temacie polityki. A przynajmniej w stosunku do nowo poznanych osób. I lepiej zdaj sobie sprawę z tego, że przeciętny Irańczyk, którego zapytasz: „What do you think about the end of sanctions?? You must be happy, right?” zrozumie z niego tylko słowo „Sanctions” i pewnie solidnie się wnerwi. Nasz zaprzyjaźniony Irańczyk z Kom na tak postawione pytanie odpowiedział smutno: „Sanctions? Happy? Mister, not happy!” i przez chwilę myślałem, że nasza braterska zawarta 3 minuty wcześniej przyjaźń szybko się zakończy. Na nasze nieszczęście (spokojnie, jeszcze o tym napiszemy) nasz Irańczyk postanowił darować mi to delikatne faux pas. 8. Aczkolwiek jak już chwilę z Irańczykiem pogadasz to wiedz, że jeśli już żartować i okazywać lekko cyniczny i żartobliwy dystans do polityki, to lepiej nie kręcić beki z ajatollaha Chomeiniego, dość swobodnie można za to żartować z byłego prezydenta Ahmadineżada. Pan Mahmud okazał się takim hardkorem, że popchnął Iran w stronę sankcji i jeszcze większej izolacji. Ale czy może być inaczej w przypadku gościa, który gdzieś tam mimochodem przebąkuje coś o zmieceniu z powierzchni ziemi Izraela, a potem się dziwi, że skąd to całe oburzenie? Nie wiem, może to dlatego, że każdy mówiący w tym kraju trochę po angielsku to już liberał, ale kogo nie spytać, każdy na hasło Mahmud złorzeczy, zrezygnowany macha ręką albo próbuje opowiedzieć średnio przetłumaczalny na angielski żart. Nie do końca czaimy kontekst, ale to coś w stylu „a twoja stara głosowała na Ahmadineżada”. W każdym razie w farsi podobno boki zrywać. Dlatego zamiast żartu proponujemy ten jakże uroczy muzyczny akcent. 9. Przy gestykulacji pamiętaj, by nie używać charakterystycznego kciuka w górę oznaczającego „Ok”. Lonely Planet podaje, że dla Irańczyków ten symbol oznacza coś między „odpiernicz się”, „kij ci w oko”, a „Arab ci na imię”. Rada LP była dobra, ale cholernie ciężko było mi się do niej dostosować, bo podnoszenie przeze mnie do góry kciuka okazało się czymś w rodzaju odruchu bezwarunkowego. I to takiego, który wyćwiczyłem przez lata używania starocerkiewnoangielskiego basic english – sorry mista, yes mista, no mista, is ok, mista? I na koniec kciuk w górę jako symbol udanie zakończonej rozmowy, transakcji lub czegokolwiek innego. A tutaj…no, masakra. Zwłaszcza, że to kraj, gdzie siłą rzeczy większość informacji na temat przemieszczania się etc. musisz zdobywać poprzez kontakt z miejscowymi. I zwykle nie było to łatwe, ale jak już jakimś cudem się udało, to człowiekowi z poczucia ulgi sam jakoś tak się do góry kciuk uno…nosz kur**. Nie pomagało nic – po próbie sklejenia kciuka z palcem wskazującym wyglądałem jak papież. Inne rozwiązania też nie zdawały rezultatu. Zwykle to wyglądało tak, że zaczynałem unosić kciuk po czym słyszałem charakterystyczny plask ręki o czoło – to Iza robiła facepalma. I momentalnie zaciskałem kciuk w ręku, co wyglądało jeszcze gorzej – jakbym ich zagrzewał do boju albo co gorsza, wygrażał pięścią. Na szczęście żaden Irańczyk nie spojrzał na mnie dziwnie, a po pierwszym dniu prawie się oduczyłem. Ostatecznie wszelkie obawy w kwestii kciuka rozwiała Shirin – wspaniała dziewczyna, która gościła nas w Kerman i o której niedługo napiszemy tutaj znacznie więcej. Okazało się, że do niedawna kciuk był faktycznie dość obraźliwym symbolem, jednak wszystko zmieniło się wraz z nastaniem Facebooka. Tak, tego samego Facebooka, który jest nielegalny w Iranie, ale miliony młodych Irańczyków dzięki różnej maści VPN-om mają to gdzieś. I lajkują jak leci, a to przyczyniło się do demitologizacji kciuka. Chociaż Shirin od razu dodaje, że kciuk jest ok tylko dla młodych, bo starsi ciągle miewają z tym problem. 10. A skoro już jesteśmy przy Facebooku, to pamiętaj, że internet w Iranie jest dość mocno cenzurowany – bez VPN-a oprócz Fejsa nie połączysz się też z Twitterem, zablokowany będzie też prawie każdy z dużych portali informacyjnych (Gazeta, Onet, WP etc.), a z globalnych serwisów zostają ci tylko Instagram i WhatsApp. Dla jednych to tragedia, dla mnie to absolutnie świetna informacja, bo dwutygodniowy detoks od polskiej polityki zrobił mi świetnie. Chociaż skłamałbym pisząc, że nie byłem ciekaw „czo ten Duda”, więc czasem sobie szukałem tego i owego. Szybko jednak przestałem, gdy okazało się, że jedynym mainstreamowym portalem dostępnym bez blokady w Iranie jest 11. Uważaj, co mówisz o USA albo Izraelu. Najlepiej nie mów nic. Swoją drogą czas na anegdotkę – jeden z teherańskich hoteli, które przeglądaliśmy jeszcze w Polsce ma na swojej stronie internetowej autentycznie uroczą adnotację po angielsku, która brzmi mniej więcej tak: „Witaj, drogi przybyszu! Bardzo się cieszymy, że jesteś w Iranie i postaramy się, aby twój pobyt w naszym kraju upłynął pod znakiem szczęścia i bez żadnych problemów. Oczywiście, o ile nie jesteś obywatelem Izraela ani USA 😉”. Poważnie, dali na koniec uśmieszek 🙂 Czemu o tym piszę? Bo niezręczność może wypłynąć w każdym, najmniej spodziewanym momencie. Oto nasz przykład: stoimy sobie w sklepie odzieżowym i miło sobie rozmawiamy z młodą dziewczyną i chłopakiem (najpewniej parą). Dziewczyna okazała się zresztą bardzo pomocna, bo w naszych negocjacjach z panią sklepikarką pełniła rolę pośredniczki. A kiedy Iza już wybrała sobie ciuszek i poszła mierzyć, zaczęła się typowa gadka szmatka. I z pozoru niewinne pytanie. – Co jeszcze chcecie zobaczyć w Teheranie? – Nooo…na przykład Espionage Den. – Eee, co to takiego? – Ambasada USA – odpowiadam pewnie. – Ale jak to? – dziewczyna wygląda na zdziwioną. – Ano takto. Ambasada USA przy stacji metra Ta… – zaczynam. – My friend, posłuchaj mnie. W tym kraju nie ma i nigdy nie będzie ambasady USA – do rozmowy nagle włącza się dość donośnie dotąd milczący chłopak mojej rozmówczyni. – …leghani – kończę nazwę stacji metra. – Oczywiście, chodzi mi o byłą ambasadę. – Aaaa, Taleghani. Okej, okej – dziewczyna uśmiecha się i posyła porozumiewawcze spojrzenie chłopakowi, który dalej patrzy na mnie trochę wilkiem. 12. Pamiętaj – Irańczycy to najbardziej uprzejmi, życzliwi i bezinteresowni ludzie na świecie. Ale pamiętaj też, że nie dotyczy to taksówkarzy – ci są na całym świecie identyczni i stanowią osobny podgatunek człowieka. Repertuar ich zagrań jest bogaty – potrafią cię otoczyć w piętnastu chłopa i nie dadzą chwili spokoju, żebyś choćby znalazł nazwę tego cholernego hotelu, do którego chcesz jechać. Ale potrafią też pociągnąć za plecak, kiedy na przykład spieszysz się na odjeżdżający właśnie autobus. 13. Ale to tylko pojedyncze przypadki, więc się nie zniechęcaj. Zniechęcać się nie możesz, bo w Iranie trzeba się polubić z taksówkarzami. Takie małżeństwo z rozsądku bardzo ci się opłaci, bo taksówki w tym kraju są śmiesznie tanie. Zresztą – nawet gdyby nie były tanie, to i tak pewnie trzeba by z nich korzystać, bo w Iranie większość terminali autobusowych/dworców kolejowych znajduje się na przedmieściach lub w najlepszym razie w pewnym oddaleniu od centrum miasta. A to oznacza, że w przypadku mniejszych miast trzeba wysupłać te 5 tomanów (1,5 dolara), a w miastach większych jak Isfahan nawet i 10. Droższy jest tylko Teheran, ale też nie są to nie wiadomo jak wysokie stawki. 14. Wiza – sprawa najważniejsza, bo bez niej nie wjedziesz do Iranu. Zdecydowaliśmy się wyrobić ją na lotnisku i chyba trochę żałujemy. Bo niby wszystko można załatwić od ręki, ale z drugiej strony – od pojawienia się przy okienku do uzyskania pieczątek i przejścia wszelkich kontroli minęły ponad 4 godziny. Że niby spoko? Tak, ale samolot wylądował na lotnisku w Teheranie po 1 w nocy, a terminal opuściliśmy dopiero po 5. Niby spoko, ale z rezolutną dwulatką to tym bardziej nie jest zabawne. No właśnie – nie myśl sobie, że skoro twój samolot ląduje na uświęconej krwią szachidów ziemi w środku nocy, to będziesz miał lotnisko tylko dla siebie. Przeciwnie – od 2-3 do 6 rano samolotów ląduje tu od cholery, a w terminalu panuje ruch jak w ulu. Powód jest prosty – lotnisko w Teheranie jest stosunkowo małe i nie wyrabia, dlatego działa praktycznie 24/7. Reasumując: jeśli masz taką możliwość, to rozważ wyrobienie sobie wizy np. w ambasadzie. Tam też podobno są jaja (mailowe ponaglanie, zwlekają do ostatniej chwili), ale przynajmniej na lotnisku obędzie się bez stresu i nerwów. 15. Ubezpieczenie – jeśli decydujesz się na wyrobienie wizy na lotnisku, to istnieje baaaardzo duża szansa, że twoja polisa „na cały świat”, którą przywiozłeś sobie z Polski będzie mogła ci posłużyć co najwyżej jako środek do podcierania się (a i to tylko, jeśli wydrukowałeś ją sobie na odpowiednio miękkim papierze). Nieważne, co mówi miła pani konsultantka na infolinii albo pan agent wymuskany siedzący przy lakierowanym biurku. Tak, tak, ważna na Iran, oczywiście. A tu klops. Pan ze stoiska zatwierdzającego odrzucił WSZYSTKIE polisy składane przez pasażerów naszego lotu, którzy wyrabiali wizy na lotnisku. Czemu? Bo sankcje, panie. Bo Europa nie lubi Iranu i dlatego Iran nie akceptuje europejskich polis. I podziękuj pan Europie, panie Piotrowski. A teraz grzecznie wypełnij pan wniosek o irańską polisę, wpłać pan 15 euro od osoby i szerokości, bo inaczej pana do Iranu nie wpuścimy. Właściwie to za tymi europejskimi polisami to trudno trafić, bo doszły nas głosy, że w innych samolotach były z kolei akceptowane. Z drugiej strony słyszeliśmy, że są akceptowane tylko, gdy aplikujesz o wizę w ambasadzie. Wydaje się więc, że wszystko zależy od dobrego humoru pana urzędnika, który zazwyczaj pewnie w dobrym nastroju nie jest. To znaczy wróć – panowie w okienkach mają chyba jednak niezły ubaw groźnie pokrzykując na turystów, rzucając w nich paszportami i kierując naprzemiennie z jednego okienka do drugiego (co jest dość zabawne, bo okienka są w sumie tylko trzy). 16. Kolejna kluczowa sprawa – jeśli już z jakichś powodów musisz odrobinę nagiąć prawdę w swoim wniosku wizowym, to trzymaj się tej wersji przez cały wyjazd i najlepiej wymyśl sobie jakąś backgroundową historię, w której odpowiesz na wszelkie ewentualne pytania. Czemu mielibyście kłamać? Ot, choćby jeśli jesteś dziennikarzem – i wpiszesz to we wniosku – to otrzymanie standardowej wizy turystycznej jest mocno utrudnione, by nie rzec, że wręcz niemożliwe. 17. Wypuścili cię z lotniska? Gratulacje. To teraz…nie jedź do Teheranu tylko od razu gdzieś na południe – do Kom, Kaszan albo jeszcze gdzieś indziej. Czemu tak? Bo pierwsza doba w Iranie będzie trudna – ze względu na różnice kulturowe, dziwny system walutowy i ogólny brak zrozumienia. I o wiele lepiej jest przeżyć tę adaptacyjną dobę w niewielkiej i prawie przytulnej mieścinie typu Kaszan niż w 8-milionowej metropolii pełnej korków, spalin, pierdolniętych kierowców i gdzie w centrum miasta często trzeba spacerować 20-30 minut, by znaleźć sklep spożywczy lub restaurację. Do Teheranu możecie sobie podjechać na koniec, tuż przed odlotem… 18. …aczkolwiek pamiętaj, że z centrum Teheranu nie da się dojechać na lotnisko transportem publicznym. Owszem, są jakieś busiki z przedmieść, ale logistycznie wygląda to na tak żmudną wyprawę (bo nie wiadomo nawet, według jakiego rozkładu jeżdżą), że lepiej już pewnie będzie wziąć taksówkę (koszt minimum 20 dol. aczkolwiek to 60 kilometrów i prawie godzina drogi). Co ciekawe, dużo lepszy dojazd na lotnisko jest z oddalonego o ponad 400 km Esfahanu, z którego co pół godziny – godzinę kursują regularne autobusy dowożącą pasażerów pod sam terminal. Sami widzicie, wybór logistyki jest w tym przypadku dość trudny. 19. Nie przejmuj się tym, że na początku nic nie zrozumiesz z irańskiego systemu walutowego. Że niby są riale, ale nikt nie podaje cen w rialach tylko w tomanach. I to nie na jeden, ale na dwa sposoby. Nie przejmuj się i daj sobie maksymalnie 2 dni – po tym czasie złapiesz cały system. 20. Tym bardziej, że dla samych Irańczyków to nie jest łatwy system. Tzn. inaczej – jest łatwy, gdy kupującym jest inny Irańczyk i wszystko przelicza się na tomany. Ale gdy zamiast tomana staje przed sklepikarzem tuman-turysta, który w dodatku po persku ani be ani me, tylko szwargocze coś po angielsku i jeszcze każe sobie wszystko przeliczać na riale pojawia się problem. W ten sposób kilku sklepikarzy pomyliło się i co zabawne, na naszą korzyść. Zwykle zwracaliśmy im uwagę, ale raz dopiero w hotelu spostrzegliśmy, że za 2 porcje lodów…dostaliśmy 5 tomanów dopłaty. 21. Jeszcze a'propos cen – sklepikarze co do zasady na pewno cię nie oszukają. Mało tego, choć nie znają słowa po angielsku, cierpliwie spróbują ci wyjaśnić różnicę między rialem a tomanem. Aczkolwiek nie kupujcie nic w kiosku w Teheranie przy pałacu Golestan. Jestem przekonany, że za małą butelkę wody zapłaciłem chujkowi 100 tys. riali (nie miałem drobniej), a jako resztę dostałem ledwie piątaka. W ten sposób stałem się dumnym posiadaczem półlitrowej butelki wartej jakieś 10 zł. 22. A skoro już jesteśmy przy sklepach – NEGOCJUJ! Zawsze i wszędzie. Ale pamiętaj, że Iran to nie Turcja czy Maroko, gdzie praktyka targowania się jest nieodłączną częścią zakupów. Irańczycy niechętnie dają rabaty. Jeden ze sprzedawców powiedział, że to taka ich lokalna kupiecka cecha. Otóż perscy sklepikarze (podobnie jak pozostali Irańczycy) są uczciwi z natury, więc cena, którą widzisz na wywieszce jest dobra dla obu stron i nie służy oskubaniu nikogo. Jest w tym trochę prawdy (ale tylko trochę), bo często ceny są rodem z kosmosu. Weźmy moich ulubionych taksówkarzy. Jesteśmy w Bam (twierdza jest absolutnie warta zobaczenia, polecamy!), po 11 zięć właściciela naszego hostelu wiezie nas na przystanek zlokalizowany przy głównym skrzyżowaniu. Oczywiście od razu rzuca się na nas taksówkarska mafia – na szczęście jest z nami zięć, który po szybkiej rozmowie oznajmia nam, że najbliższym autobus do Kerman jest dopiero za 4 godziny. I że w tej sytuacji któryś z panów chętnie nas podwiezie. Za ile? Wyjściowa cena to 40 dolarów! Poprosiłem naszego tłumacza, żeby wyjaśnił panom, że chyba ochujeli. Nie wiem czy przetłumaczył wiernie, w każdym razie rozpoczął negocjacje, w wyniku których cena spadła do 300 tomanów, czyli nieco ponad 8 dolarów. 23. Tak jak pisało mądrzejsze koleżeństwo – pieniążków nie wymieniamy w banku tylko w kantorach, ewentualnie u cinkciarzy jak nas przypili albo kantor zamknięty (bo np. piątek). I zasadniczo lepiej wymienić więcej niż mniej. Tak się bowiem złożyło, że od kilku tygodni w związku ze zniesieniem sankcji dolar gwałtownie słabnie, a rial się umacnia i różnica w kursie na początku i na końcu waszego wyjazdu może być znacząca. 24. Jeśli gdzieś w zaskórniakach znaleźliście dolary z tzw. małą główką (czyli starej serii) to albo nie bierzcie ich do Iranu albo czym prędzej spróbujcie wymienić na nowe w Polsce – te z „dużą głową”. W Iranie będzie wam cholernie ciężko wymienić stare dolary – nam zaplątała się do wyjazdowej gotówki jedna taka 100-dolarówka, którą dostaliśmy w podróżnym prezencie pod choinkę. Efekt był taki, że udało się dopiero w trzecim kantorze i to po znacznie niższym kursie niż ten rynkowy. Gdzieś tak o 10 procent niższym. 25. Wśród grzechów głównych znajduje się obżarstwo (a przynajmniej tak mi się wydaje. Kurde, tak dawno było bierzmowanie), jednak w temacie jedzenia dopuściliśmy się raczej grzechu zaniechania. Bo żeby zjeść, najpierw trzeba znaleźć restaurację, a w niektórych miastach jest to prawdziwe wyzwanie (tylko zaznaczamy: chodzi nam o prawdziwą knajpę, nie o budkę z kebabem). Nawet w centrum cholernego Teheranu są miejsca, gdzie w promieniu 30 minut spacerem trudno o jakikolwiek lokal. Ale o jedzeniu pisała już Monika, dlatego my skupimy się na słodyczach, gdzie rzeczone zaniechanie nastąpiło. Naszym największym grzechem było to, że dopiero ostatniego dnia odkryliśmy lody szafranowe. Wcześniej raczyliśmy się przede wszystkim tzw. zoolbia barnieh, czyli głęboko smażonymi hmmm…pączkopodobnymi produktami z szafranem, które z wyglądu przypominają trochę hiszpańskie churrosy. Gdyby ktoś chciał spróbować swoich sił, służymy filmikiem: 26. Na koniec nie grzech, ale kluczowa porada pod tytułem: Jak zdobyć sympatię Irańczyka? Zasadniczo nie trzeba się starać, bo wystarczy, że jesteś jaki jesteś: kompletnie bezradny, bez znajomości języka, gadający po angielsku. Aż chce się podejść i przytulić. A przynajmniej zadać sakramentalne pytanie: „Where are you from?” i po usłyszeniu odpowiedzi „Lachestan” (taki mały gest, a robi mega pozytywne wrażenie na miejscowych) rzucają „Welcome to my country”. Ale prawdziwą sympatię zdobędziesz, gdy pokażesz Irańczykowi, że wiesz o jego kraju coś więcej niż zlepek haseł Chomeini, ISIS, broń atomowa i terroryzm. Od czego więc zacząć? Jeśli czytaliście Wesołowskiego, możecie chcieć spróbować z Hafezem. To słynny romantyczny irański poeta, którego dzieła według „Lonely Planet” ma w swoim domu każda irańska rodzina. Ale jakoś tak mi się nie składa dyskutować o poezji z irańskim taksówkarzem, tak jak z panem Mietkiem z Ele Taxi nie będę raczej dyskutował o Miłoszu, Pawlikowskiej ani nowym tomiku Norwida (chyba, że sytuacja ma miejsce w Krakowie). Jak dowiedliśmy wyżej, wykreślić musimy też politykę, ale tu sprawa jest równie prosta jak w Polsce – nigdy nie wiesz, kiedy podchmielony wujek na rodzinnej imprezie uruchomi pijacką tyradę o tym, że „te kurwy z Sejmu to by powiesił wszystkie”. Wujek z Iranu co prawda nie pije, ale może prezentować równie kompleksowy zestaw zachowań. A skoro nie o poezji i nie o polityce, to o czym z nimi gadać? Najprostszym spoiwem łączącym nasze narody jest oczywiście sport. I nie, nie piłka nożna (chociaż kojarzą Lewandowskiego, Krychowiaka i spółkę), tylko siatkówka. Irańczycy dobrze kojarzą naszych mistrzów, a co bardziej złośliwi przypominają nawet, że niedawno w Teheranie złoili nam skórę. A dla prawdziwych koneserów chcących roztapiać serce irańskich mężczyzn mam smaczek o levelu hard. Oto trzy magiczne nazwiska: Kharimi, Mahdavikia i przede wszystkim Ali Daei. Opłacało się przez lata oglądać skróty Bundesligi, by widzieć te wszystkie uśmiechy na perskich buziach. PODOBAŁ CI SIĘ WPIS? POLUB NA FEJSBUKU, PODZIEL SIĘ Z INNYMI!
ceny w iranie 2019